Pani to ma dobrze, proszę pani…

“Pani to ma dobrze, te książki sobie Pani pisze…” – ano piszę. I mam się dobrze, dziękuję, chociaż niekiedy i mi bywa źle. Spełniam się zawodowo, bo nie tylko piszę, ale także pracuję na pół etatu. Nic mi z nieba nie spadło. Poświęcam mnóstwo czasu na to moje pisanie. Przez dobrych kilka lat więcej wkładałam ( czasu, energii, pracy) niż wyjmowałam ( chodzi o sprawy finansowe, bo bądźmy szczerzy, pisarz też chce na swojej książce zarobić). I denerwują mnie takie przytyki, że ktoś coś ma, a ja nie mam. Też wielu rzeczy nie mam, ale nie wytykam komuś, jeśli ten ktoś to ma. Może sobie na coś zapracował, a może dostał w spadku, a może czekał pół życia, na to, by odchować dzieci i wyruszyć w podróż marzeń, a może z tych podróży zrezygnował, by wybudować sobie swój dom.

Nie czuję się kimś wyjątkowym, ot zwykła kobieta, ze swoimi radościami, problemami, smutkami, która pewnego dnia postanowiła, że napisze książkę. Napisałam jedną, drugą i dziesiątą. Jestem z tego dumna i się tego nie wstydzę.

Kiedy zaczęłam pisać książki, moim marzeniem było wydanie zbioru opowiadań, Każdego dnia. Pamiętam jak się to wszystko zaczęło. Pewnego dnia, kiedy patrzyłam w okno przyszło mi na myśl zdanie, które stało się później początkiem opowiadania: „ Każdego dnia coraz wiecej jest w moim życiu wątpliwości, znaków zapytania”. I właśnie wtedy wpadł mi do głowy pomysł, by zebrać kilku autorów i stworzyć zbiór opowiadań zaczynających się od słów : „Każdego dnia”. Pomyślałam również, że fajnie by było, aby pieniądze z książki przekazać na szczytny cel. Tylu jest wokół nas  ludzi, którzy potrzebują wsparcia a także pomocy finansowej. Nawiązałam kontakt z Markiem Kamińskim, polarnikiem, podróżnikiem, autorem książek a także założycielem Fundacji i tak to się zaczęło… Jednak od pomysłu do wydania antologii minęło dwa lata. A bo Wydawca nie chciał wydać zbioru, a drugi się rozmyślił, a bo jak to tak, bez wynagrodzenia? I trzeba było znaleźć graficzkę, która za darmo zrobi grafiki. Bo to, bo tamto. Dwa lata walczyłam o ten zbiór i w końcu w 2014 roku został wydany.

Za pieniądze z pierwszej książki kupiłam spacerówkę, na tyle mi starczyło. Dziewięć miesięcy mojej pracy i miałam wózek. 😉 Nie narzekałam, nie poddawałam się. Napisałam drugą książkę i kolejną. I czasem jest mi przykro, że ktoś sobie po mnie jedzie, że ktoś inny wysyła anonimowe wiadomości. Wiem, nie tylko ja tak mam, hejt to zjawisko powszechne, którego nie mogę zrozumieć. Rób człowieku swoje, a zapewniam Cię, że i Tobie będzie lepiej. Dlaczego o tym piszę, bo mnie pewne rzeczy wkurzają, pewnych rzeczy wciąż nie mogę pojąć, a inne nieustannie zadziwiają. Ale dość smucenia.

Tak sobie ostatnio pomyślałam, że jestem w fajnym miejscu życia, do którego sobie sama przytruchtałam. Czasami biegłam szalonym pędem, innych razem musiałam przystanąć, by zaczerpnąć tchu. Pisanie, to jest to co kocham i dobrze mi z tym. Ile razy rzucałam je w diabły, by po kilku dniach powrócić do notatek i stworzyć kolejną powieść. Ile razy mówiłam, to moja ostatnia książka, ale potem zrodził się nowy pomysł i kolejny.

Kiedyś pracowałam w dużej korporacji. Nie po drodze mi było z tym, co robiłam, i zrezygnowałam. Rzuciłam tę pracę, bo coś mi w sercu mówiło: „to nie to”. 

Zmiany są w życiu ważne, aby nie skostnieć, nie zmarnieć jak ten kwiat, co to mu susza dokucza. Ale pamiętaj: od nadmiaru wody też zgnije. Na wszystko jest pora i nic nie dzieje się przypadkiem. Czasami trzeba jednak dopomóc losowi. Bardzo dużo zależy od nas samych, od tego, jakie podejmujemy wybory, jakie osoby do siebie przyciągamy, w jaki sposób odbieramy otaczającą nas rzeczywistość. A co, jeśli się nam pomyli? Skręcimy z wyboistą drogą?  Należy dać sobie prawo do pomyłek, a z drogi zawsze można zboczyć. I można sobie popłakać, tupnąć nogą, a nawet wrzasnąć na całe gardło, nie musimy tylko zacieszać, karmić się pozytywną energią . Tak to nie działa, a bynajmniej ja nie wierzę w takie rozpromienione słodko pierdzące wszechobecne szczęście.
Nie ma tak, że jest zawsze dobrze, bo nie jest. Czasami jest tak źle, że mamy ochotę zakopać się pod pierzyną i przeczekać jakąś katastrofę. I nic nam nie pomoże , ani pozytywna energia wysyłana w kosmos, ani sto motywujących słów. Ale tak to już w życiu jest… W życiu musi być zachowana równowaga. 😉


Każdego dnia dziękuję za to co mam! Chociaż są takie dni, że wstaję lewą nogą i jakoś trudno mi czuć wdzięczność. 😉 Wtedy sobie pomarudze, popsiocze pod nosem… Pogadam, jak to mi źle, bo wszystko mi się wali na głowę. A czasami wątpię…

“Każdego dnia, coraz wiecej jest w moim życiu wątpliwości, znaków zapytania. Czy to wszystko ma sens? Czy moje życie jest pełne? A może powinno być pełniejsze? Zabawniejsze? Pozbawione normalności? Bardziej zwariowane? Czy dokonałam dobrych wyborów? Wybrałam właściwą drogę? Czy nie zrobiłam za mało? Bo przecież zawsze można zrobić więcej…

Koniec lata zawsze mnie rozczulał. Słońce już tak nie grzeje, a liście przybierają barwy zardzewiałego złota. Szłam pospiesznie w stronę przytulnej kawiarenki, w której umówiłam się z Karolem. Karol jest moim znajomym. W przyszłym roku kończy osiemdziesiąt lat. Jego żona umarła kilka lat temu. Nie znałam jej, jednak słyszałam o niej tyle opowieści, że czuję się jakbym ją kiedyś poznała.

Ulica wiła się wśród starych kamienic. Dookoła panowała cisza mimo iż było samo południe. Wydawać by się mogło, że świat na chwilę zmrużył oko. Doszłam do stolików i zobaczyłam Karola. Żółte promienie słońca świeciły mu prosto w twarz. Zmrużył oczy, po czym lekko odchylił się na krześle. Ściągnął okulary, wyjął z kieszeni chusteczkę i zaczął przecierać szkiełka. Podeszłam do niego i go uściskałam.

– Dziadku.

– Tylko nie dziadku. – lubił jak zwracałam się do niego po imieniu.

– Przepraszam – poprawiłam się natychmiast.- Witaj Karolu.

-Masz  jakiś problem? – zapytał, a ja się zaczerwienilam. Ostanio spotykaliśmy się tylko wtedy kiedy ja miałam na to ochotę, albo wpdałam w kolejny dół, albo kiedy miałam kiepski nastrój.

-Tak jakby.

– Przejdźmy się. – zproponował. Niezdarnie odsunął krzesło.

– Nie zamówimy kawy?

-Ja już swoją wypiłem. – łobuzersko się uśmiechnął.

-Będziemy chodzić po cmentarzu? – zapytałam zdziwiona, kiedy przeprowadził mnie przez cmentarną bramę.

– Cmentarz to dobre miejsce na spacery – stwierdził.- Otwarta przestrzeń gdzie panuje niezmącona cisza.

Po ciele przeszły mnie dreszcze.  Zimne posągi, zamiast żywych ludzi i ta cisza lekko mnie przerażały.

– Spójrz na ten grób – Karol wskazał na porośnięty mchem, zaniedbany nagrobek. Płyta była popękana. Widać, że grobu nikt już dawno nie odwiedzał.

– Zapomniane czyjeś istnienie. Jakaś historia, która kiedyś się wydarzyła.  Pozostała tylko wyryta data. Początku i końca.

Szliśmy chwile w milczeniu.

– O co chodzi? – zapytał.

– Sama nie wiem, co mi jest. Chyba  ostatnio wszystko w moim życiu jest takie przewidywalne, normalne.

– A co jest złego w normalności? – zmrużył oczy.

– Tak jakby czegoś mi brakowało, jakiś zawirowań, może więcej ekscytacji.

Zaśmiał się.

– Z czego się śmiejesz?

– Z ciebie.

-Czy twoje życie zawsze było takie jak chciałeś by było?

– Nie. – odparł z rozbrajająca szczerością. – Podobnie jak ty chwilami odczuwałem, że czegoś mi w tym życiu za mało. Nie zrobiłem oszałamiającej kariery, często brakowało nam do pierwszego, nie zawsze było kolorowo, czasami wręcz nudno, szaro-buro. Tylko, że patrząc na to moje życie z perspektywy czasu stwierdzam, że byłem wielkim szczęściarzem. Może właśnie dzięki tej normalności, zwyczajności było mi dobrze. Kiedy poznałem Martę oszalałem ze szczęścia. Nie mieliśmy wiele. Malutką dwuizbową chatkę. Składane łóżko, stolik, kredens i dwa taborety, to był cały nasz dobytek. – Karol przystanął. Zaczął szperać w kieszeni marynarki. Po chwili wydobył z niej portfel, z którego wyjął pożółkłą, starą fotografię. Na zdjęciu widać uśmiechniętą parę młodą stojąca na tle kosciółka.

– To my. – mężczyzna uśmiechnął sie przez łzy. – Marta sama uszyła sobie suknię ślubną, a ja pożyczyłem garnitur od brata. Ten dzień był najszczęśliwszym dniem w moim życiu. A potem zaczęły się kolejne dni. Na świecie pojawiały się dzieci. Jedno po drugim, cała gromadka. Marta starała się jak mogła. Kochała swoje pociechy nad życie. Dziergała dla nich sweterki , czapeczki i szaliki. Jej miłości nie zabrakło również dla mnie. Kiedy dzieci już spały siadaliśmy w naszym małym ogródku i piliśmy mleko, wtuleni w siebie niczym kociaki. Oczywiście były też gorsze chwile, kłótnie, obrażanki, pyskówki. Ot, życie młodej pary, które nie było jakieś nadzwyczajne, a tym bardziej usłane różami.

Starałem się być dobrym ojcem i mężem, chociaż nie zawsze mi wychodziło. Wstawałem w nocy i przykrywałem dzieci, kiedy się rozkopały, tuliłem do siebie kiedy miały kolkę, rozwieszałem pranie. Od czasu do czasu zrywałem dla Marty kwiatki. Bez w maju, w lipcu maki. Kiedy wracałem do domu, po cieżkim dniu w pracy, ona zawsze była uśmiechnięta, mimo iż wiedziałem, że i ona ciężko pracowała. „ Już jesteś” – mówiła, po czym wtulała się w moje ramiona. Wiesz, że moja żona nigdy się nie skarżyła. „ Dobrze jest. Jesteśmy zdrowi, mamy siebie. Czyż to nie cudowne?” -mawiała. Po czym podsuwała mi pod nos talerz z obiadem. Najbardziej lubiłem pierogi, z kapustą i grzybami. Podsmażane, polane skwareczkami. Wiedziała o tym doskonale, dlatego co sobotę miałem mój przysmak. I wtedy…- jego głos się załamał – kiedy szła do szpitala. – Wtedy też mi narobiła tych pierogów. „Ale nie trzeba”- powiedziałem. Wiedziałem jak bardzo źle się czuła. Machnęła tylko ręką. „ Jutro jest przecież sobota. Zrobię więcej to sobie zamrozisz” To były ostatnie pierogi w jej wykonaniu. – otarł łzy z policzka. – Nasza miłość była zawarta w prostych gestach. Kiedy Marta odeszła, zrozumiałem jakim byłem szczęściarzem, a moje życie było pełne. Powiem ci coś, co jest oczywiste, ale nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę: życie jest krótkie. Każdy żyje swoje życie tak jak chce. Jedni zakładają rodziny, inni podróżują. Najważniejsze w tym wszystkim jest by odnaleźć swoją drogę, nie zatracić siebie. Nie marnować czasu na rzeczy na które nie mamy najmniejszej ochoty. Często nie doceniamy zwyczajnych rzeczy. Może jestem zbyt stary, by zrozumieć dzisiejszy świat, ale pewne rzeczy się nie zmieniają. Pewne wartości wciąż są aktualne. – fragment pochodzi ze zbioru opowiadań:”Każdego dnia”




Następny Post
Poprzedni Post

Komentarze



Beata

8 miesięcy temu

Tak życie jest krótkie i kruche. Pełne niespodzianek i wyzwań. Może starsi ludzie bardziej doceniają życie, wspominają, bardziej kochają. Trzeba brać z nich przykład.
Nie zazdrościć lepszego dobytku czy lepszych relacji z innymi ludźmi.
W życiu warto kochać i być kochanym.

Danusia

8 miesięcy temu

Ludzie oceniają siebie wzajemnie, czasami nic o sobie nie wiedząc. Nie mają pojęcia o wydarzeniach z życia osoby, o której mówią do innych. Tak łatwo jest innym, nas zaszufladkować, przypisać sytuacje, ocenić, wydać wyrok, lepiej wiedzieć, dlaczego ja tak postąpiłam, taką czy inną decyzję podjęłam, nie znając mnie i mojego życia, sytuacji, w których życie mnie postawiło.
Każdego dnia życie uczy mnie pokory.
Gabrysiu, dobrze, że jesteś, że inspirujesz. Bądź!

Serdecznie pozdrawiam
Danusia

Gabriela Gargas

7 miesięcy temu

Danusiu, jestem… Dziękuję za każde Twoje słowo, pięknie piszesz… Cudnie wspierasz. Dziękuję!

Stefania

7 miesięcy temu

Witaj Gabrysiu
Znowu do Ciebie piszę. Przeczytałam znów jednym tchem piękną Twoją książkę “Trudna miłość”.-w pięknej scenerii zimowych Tatr. Czytając losy bohaterki mogłam jej tylko współczuć a jednocześnie podziwiać.Trzeba być na prawdę silną kobietą aby móc temu sprostać. Jak wiele kobiet musi się zmagać z takim losem. Ale czy zawsze potrafimy zaprzyjaźnić się i wybaczyć osobie, która chciała zbudować swoje szczęście na czyimś nieszczęściu. Sama jestem ofiarą takiej sytuacji. Moje prawie 40 letnie małżeństwo rozpada się tylko właśnie dlatego bo kobieta która je niszczy uważa, ze z uwagi na romans z moim mężem ma prawo do niego bo zachorowała. i musi się nią opiekować aż do jej śmierci.
Nie przyjmuje mojej pomocy pomimo, ze dowiedziałam sie o jej chorobie, a nawet zmusiła go do ukrywania przed mną przez 2 lata jej
choroby grożąc, ze sobie coś zrobi. . Mąż, jeżeli mogę go jeszcze tak nazwać stawia mi warunki zaakceptowania takiej sytuacji.
Rozmowy nie pomagają wręcz kończą się agresją z jego strony.
Czytając książkę myślałam o sobie, bo przecież rozumiem jej chorobę. Ale czy ja ponoszę za to winę. Czy ta kobieta chociaż raz zastanowiła sie nad tym jak skrzywdziła inne osoby. Czy choroba usprawiedliwia jej postępowanie.
Zycie nie jest łatwe, ale jest tylko jedno i szkoda je przeżyć w gniewie.
Gabrysiu dziekuje za piekna ksiązkę.

Gabriela Gargas

7 miesięcy temu

Pani Stefanio, podziwiam Pani siłę, spokój z jakim Pani napisała ten komentarz. Wierzę, że musi być trudno, ale życzę Pani wszystkiego co najlepsze, oby wszystkie ścieżki się wyprostowały, a życie przyniosło Pani mnóstwo słońca. Niech Pani zrobi coś dla siebie, nie myśląc o nikim. Czasami trzeba pomyśleć o sobie. Uściski!

Copyright 2017 - 2018 Gabriela Gargaś © All Rights Reserved