Czasami odlatuję

Lecę.

Czasami odlatuję. Latam od rana między jednym pokojem a drugim.

Między łazienką a kuchnią.

Między  przytulakiem, a krzykiem : „wstawajcie, znów się spóźnimy”

Między przypalonym naleśnikiem, a filiżanką kawy wypitą w pośpiechu.

Od rana wznoszę się na wyżyny mojego zorganizowania.

Lecę do szkoły, pracy,  na dodatkowe zajęcia: piłki, karate. Do pisania książki też skądś przylatuję.

Ląduję i piszę.  Piszę, ale nie zawsze spokojne to moje pisanie jest, bo mnie gdzieś niesie.

Bo przecież pranie trzeba wstawić, potem obiad ugotować, i jeszcze w międzyczasie odkurzyć.

Robię sobie przerwy w pisaniu i latam po domu spoglądając tęskno na uciekające minuty.

Bo wyznaczyłam sobie plan – piętnaście tysięcy znaków, a jest osiem.

I latam i z tego mojego latania większy zamęt niż bym tak nie latała.

Bo domestos wylałam i śmierdzi w całym domu.  Odkręcałam nakrętkę  w innym pokoju, w którym  okno otwierałam, żeby nie śmierdziało i kapnęło na wykładzinę i  teraz mam nakrapianą. I trzeba wymienić.

Bo psioczę pod nosem, a gdybym tak nie latała, to bym nie psioczyła.

I wybiegam do pracy z jednym okiem nieumalowanym, tak, zdarzyło mi się. A miałam dzisiaj, wczoraj, przedwczoraj i tydzień temu zrobić perfekcyjny makijaż. Nie zrobiłam.

* Grafika: znalezione w necie

 

W gruncie rzeczy już taka jestem, zalatana. Jak większość z Was.

Lubię moje zalatane życie.

Wznoszenie ku niebu, kiedy odlatuję.

W weekend zwalniam. Już w piątek wieczorem ląduję.

Pozwalam sobie doładować akumulatory.

Delektuję się kawą. To jakiś serniczek upiekę. To pojedziemy na rowerową przejażdżkę, to pokokosimy się dłużej w łóżku.   To ogródek wypielę.  A wieczorem sobie poczytam.

Lubię zalatane dnie i spokojne soboty, leniwe niedziele. Bo gdybym tego wszystkiego, co dzieje się w moim życiu nie lubiła, to bym przecież to walnęła w kąt. Bo zawsze można coś zmienić. A ja nie chcę zmienić.

 

* Grafika znaleziona w necie

Przypomina mi się moja babcia, która wstawała o czwartej rano, by nalepić ponad dwieście pierogów dla wnuków. W wakacje u babci było zawsze tłoczno. Przyjeżdżaliśmy do niej na lipiec i sierpień gromadnie. Było nas kilkanaścioro. I babcia całą tę gromadę ogarniała. Od czwartej rano w tym swoim zalataniu, lepieniu, uśmiechała się pod nosem, śpiewając piosenki i pieśni maryjne.  Sypiąc mąkę na stolnicę obkręcała się przy tym, w takt swoich piosenek. Koło południa zawsze prała,  w starej poczciwej Frani. A myśmy pomagali jej wywieszać na sznurkach w ogrodzie to pranie. Pieliła ogródek, robiła zakupy i przetwory na zimę. Kilkadziesiąt słoików ogórków, kompotów, marmolad stało w jej spiżarni. A kiedy wnuki odjeżdżały każdy dostawał po kilka słoików babcinych przetworów. Służyła dobrą radą. Robiła dla nas namioty z puchatych pierzyn. Kiedyś ją zapytałam:

– Cały czas w ruchu, w biegu. Nie chciałabyś zwolnić?

– Ale co w tym złego, kiedy ja lubię.

Pa, odlatuję. Dziś spokojnie, bez nerwówki, będę piec .;-)

Następny Post
Poprzedni Post

Komentarze



Beata

3 miesiące temu

Hm. Ja też ciągle gdzieś latam i dobrze mi z tym.

Barbara

3 miesiące temu

Najważniejsze żeby od czasu do czasu zwolnić 😊

Beata

3 miesiące temu

Pani Gabrielo!
Dostałam ostatnio od mojej koleżanki “Trudną miłość”, przeczytałam “duszkiem” i pozostał mi niedosyt–co dalej z losami Natalii, Gosi i Oli? Czy będzie ciąg dalszy ich perypetii? Łatwo odnajduję wiele wspólnego z ich życiem.
Już nie mogę się doczekać, żeby przeczytać kolejną Pani książkę!
Dziękuję za wiele wzruszeń i proszę o dalsze.
Beata

Gabriela Gargas

3 miesiące temu

Pani Beatko, dziękuję za ciepłe słowa. Niestety na chwile obecną nie planuję drugiej części Trudnej miłości. Może kiedyś.. Czas pokaże.
Przesyłam moc pozdrowień i zachęcam do przeczytania innych moich książek. Pozdrawiam ciepło 😉

Copyright 2017 - 2018 Gabriela Gargaś © All Rights Reserved